Filmowo
Poniewaz chory musi lezec to na lezaco sie oglada. W ciagu ostatnich dni obejrzalem:
- The Way Back (2010) - z Collinem Farrellem, Jimem Sturgessem oraz Edem Harrisem. Film trudny i ciezki, o grupie osob, ktora uciekla z syberyjskiego obozu w 1941 roku i na nogach doszla 6000 km do Indii. Swietnie zagral Colin, rosyjskiego bandyte o dwuznacznym sercu, reszta tez dala rade. Trwalo to nieco za dlugo - 2:10 h, przez co momentami przysypialem ale i tak warto. Ocena 7/10. True story na faktach, co dodaje smaku filmowi. Co prawda wiki twierdzi inaczej, ze sa konrtowersje czy to nie konfabulacja, no ale co tam
- Mean Girls (2004) - taka se opowiastka high-school movie, w rolach glownych Rachel McAdams w roli zlej suki oraz Lindsay Lohan jako niewinna nastolatka trafiajaca do trudnego otoczenia licealnego. bla bla bla, minelo pare dni i tak srednio pamietam co sie tam dzialo wiec film dostaje 4/10. Zabawne tylko ujecia LL sprzed czasow imprez:

- Killers (2009) - komedia z Ashtonem i Katherine Heigl. Ponownie schemat - ona spieta i niespontaniczna (cos ma w sobie ze gra takie postaci), on wyluzowany i stylowy, tym razem agent sluzb specjalnych. Poznaja sie i zakochuja i nie wiem co dalej, bo film tak slaby ze obejrzalem 25 minut i wylaczylem. Ale Ashtona widac:

- My Super Ex-girlfriend (2005) - komedyjka z Uma Thurman w roli superbohaterki, ktora zakochuje sie w niewlasciwym panu, ktory chcial ja tylko puknac a potem zostawic. Ona zas sie zakochala, a bedac porzucona i majac mozliwosci - bardzo uprzykrza zycie swemu eks. Ktory to juz wybral Anne Faris (tutaj slabo wyglada). Film przyjemny, oglada sie zwawo i 6/10. Kilka fajnych scen, m.in. seks w powietrzu oraz transformacja Umy ze zwyklej pani w G-Girl:




Uma w wersji zwyklej wyglada totalnie nieladnie, ale jako Dżi - jest naprawde OG. Film nawet polecam, jest przyjazny dla widza.
Z niedokonczonych syfow jeszcze byl na ekranie Ghost Town z Rickym Gervaisem oraz Big Stan z Robem Schneiderem ale to juz takie kupy ze nawet nie lapia sie na czesciowa recke.
Weekend filmowy
Za mna kilka dni, ktore postanowilem spedzic na ogladaniu filmow trudnych, wymagajacych, analitycznych oraz takich, ktore kaza zastanawiac sie nad sensem zycia. Dawno tego nie robilem, wiec zebralo sie pare tytulow, ktore hurtem postanowilem wrzucic na ekran. No i polecialo:
1. Country Strong

Fabula: gwiazda muzyki country, grana przez Gwyneth Paltrow, ktorej nigdy nie zaakceptowalem jako mega gwiazde i kobieca kobiete, probuje powrocic na szczyt, rok po tym, jak popadla w nalog alkoholowy, na oczach publicznosci spadla ze sceny i poronila. Przez rok przebywala w klinice odwykowej, gdzie nawiazala bliska relacje z mlodym muzykiem country, z ogromnym talentem, ale niechecia do robienia kariery. W tle jest jeszcze maz tej pani, ktory cisnie na nowa trase koncertowa, traktujac swoja partnerke bardziej jak maszynke pieniezna niz jako osobe. Do czworokata dolacza jeszcze mloda sliczna piosenkarka country, ktora gra Leighton Meester. Wszyscy razem ruszaja w trase, gwiazda aby stac sie znowu topgwiazda, mlody by sie pokazac i pilnowac gwiady by sie nie staczala, maz aby menadzerowac a Leighton aby robic kariere. Te 4 osoby plataja sie w niezle pokazane i zagrane psychologiczne powiazania i relacje i nic nie jest fajne i proste. Zagrane subtelnie, w tle duzo muzyki country, ktora przedluza film do calych 2 godzin. Bez piosenek mozna upchnac to w 90 minut i byloby ok. Dla mnie byl to niezly film, ale maks 6/10. Plus - ja lubie rzewne country, to trafia do mnie. Jak ktos nie trawi - od razu szerokim lukiem. Gwyneth mi sie tez o dziwo spodobala. Niemniej - nie zachwyca.
2. Cedar Rapids

Komedia tym razem, ale reklamowana byla mi, jako komedia zyciowa, absolutnie nieromantyczna ani nie glupkowata, mimo ze gra tam koles bez zeba i przeleciany przez tajska meska dziwke - czyli koles z Hangoverów. Film opowiada o tym, jak glowny bohater wyjezdza na krajowa czy tez stanowa konwencje firm ubezpieczeniowych - a ze jest totalnie zielony pod katem co sie dzieje na konferencjach (jak na tym dowcipie - ze uczestnicy konferencji sa drudzy w kolejnosci po lekarzach na nocnym dyzurze, jesli chodzi o zdradzanie, wstaje koles i mowi: o nie, wypraszam sobie ja nie zdradzam, a ktos z tylu krzyczy: wlasnie przez takich jak ty jestesmy dopiero drudzy), to bedzie to dla niego weekend zyciowych odkryc. W filmie gra pare znanych osob, ale leje na nie sikiem prostym - tam sie pokazal senator Clay Davis z The Wire w roli poczciwego, dobrodusznego kolesia. To samo w sobie jest zabawne, ale leca dwa fajne teksty w filmie: raz mowi ze lubi ogladac telewizje a zwlaszcza The Wire, w drugiej zas scenie udaje twardziela i mowi: Indeed - nawiazujac do Omara. Dla fanow Wire - osom i szczeka na podlodze. Niepotrzebnie tylko 3 minuty potem wyjasnia to w dialogu mowiac ze nasladowal Omara, no ale coz. Sam film cienki jak dupa weza, przewidywalny do bolu i daje 6/10 - ale to z bonusem za senatora Davisa. Normalnie 5/10
3. Real Steel

Do tego zachecil mnie Quentin - ktorego opinie cenie i czesto sie zgadzam, dajac mu 8/10. Wiec zarzucilem. Fabula opowiada o przyszlosci, gdzie nie ma boksu tylko walki robotow. No i Hugh Jackman, ktory wyglada jak milion dolcow jest wlasnie trenerem czy tez wlascicielem robotwa bojowego, ktory walczy na ringach. I tak sie zdarza, ze na 3 miesiace musi zajac sie swoim niepozadanym 11 letnim synem, ktorego wcale nie chce miec przy sobie. Nie trzeba byc geniuszem aby wiedziec ze przez caly film panowie sie zbonduja, beda rodzina a przy okazji ich robot podbije swiat robotow. Fabula naprawde przewidywalna do bolu, ale za to jak pokazana! Gdybym mial 12 lat i ogladal to w kinie to pewnie przezylbym wtedy swoja pierwsza ejakulacje - walki robotow na ringu sa mega widowiskowe, jestem absolutnie ciekawy jak oni to nakrecili, bo wyglada osom. W tle przewija sie panna z Lostow - Evangeline Lilly, ktorej nawet rola wyszla. Film sie oglada przyjemnie, ale za to ze to kino familijne i zrobili 2h zamiast 1:40 - tylko 5/10. Dla pan - 8/10, ale to za Hugh, ktory nie wiem czy mowilem - milion dolcow.
4. Midnight in the garden of good and evil

Szeroko swego czasu reklamowany film Clinta Eastwooda, z 1998 roku bodajze. Fabula oparta na faktach jak najbardziej autentycznych ;) - ale nie mam sily jej opowiadac. Polega w skrocie na tym, ze milioner popelnia zabojstwo meskiej prostytutki i jest proces sadowy. W tle opis miasta Savannah, jak wyglada, jak sie to wszystko w sosie wlasnym gotuje - opisywane oczami nowojorskiego dziennikarza granego przez Johna Cusacka, ktorego nie lubie. Milionerem jest Kevin Spacey a dziwka Jude Law (obrzydliwie mlody i jeszcze nieladny). Poza tym jest jeszcze kilka postaci znanych, jak sie czlowiek przyjrzy, ale wymaga to samokurwazaparcia. Film trwa 2:30 i jest przykladem, ze nie warto poddawac sie po nieudanej probie. Otoz dzielo to jest na maksa przegadane, zle zmontowane i wcale nieklimatyczne, and yet, Clint sie nie poddal, wyciagnal wnioski z tego co mu nie wyszlo i dzieki temu w latach zerowych XXI wieku nakrecil kilka filmow takich ze kapcie spadaja - generalnie po tym filmie nie nakrecil juz zadnej kupy. A to co obejrzalem to bylo 3/10 a to tak naprawde tylko dlatego ze zal dac nizej. Daje sobie plusa za to, ze obejrzalem ten film o polnocy, czyli tak jak nakazuje tytul. Film do zapomnienia, nie ogladac w ogole, a zwlaszcza na polsacie czy tvn - reklamami zniszczyliby resztki budowanego klimatu.
W trakcie weekendu jeszcze polecial Phone Booth na wspomnianym polsacie - tam jednak Colin Farrell daje rade, nawet z kommerszial brejk oraz pare odcinkow seriali - niemniej filmowo uznaje to za slabo udany eksperyment. Obejrze to co mam ale potem wroce do tego co mi serce mowi - czyli do cieszenia sie kinem latwym i podchodzacym. Po co sie karac za nieswoje grzechy, no po co?
Horrible Bosses
Mialem isc do kina ale nie wyszlo, wiec polecialo na maczku:

Po naszemu: Szefowie Wrogowie - nawet nie tak zle. Film z gatunku czarna komedia, zapowiadal sie calkiem ok, bo przeciez kto lubi swojego szefa. Znaczy sie jest roznica miedzy “nie lubic” a “chciec zabic”. A trojka glownych bohaterow chce zabic swoich szefow.
Krotko mowiac - jest trzech panow:

Jason Bateman, ktory jest znany ale nie gral w niczym, koles, ktory jest znany z braku zeba w Hangover 1 oraz calkowity noname ktorego nawet nie chce googlowac. Oni maja problemy ze swoimi szefami: jeden jest debilem (Colin Farrell z zaczeska) drugi wyzyskiwaczem-psychopata (dawno niewidziany Kevin Spacey) a trzeci z szefowa nimfomanka (calkiem seksowna Jennifer Aniston). W wyniku recesji uznaja ze latwiej jest im zabic szefow sprawiajacych problemy niz znalezc nowa prace.
A potem jest juz coraz slabiej. Akcja wciaga minimalnie, dowcipy sie snuja po ekranie mocno niechetnie, wyciagniete z lamusa przez scenarzystow. Sa twisty i zaskoczenia, ale jakos mocno letnie to. Ja od 40tej minuty mocno przewijalem, chcialem dociagnac do konca aby zobaczyc jak sie skonczy.
Pozytywem ratujacym film jest obecnosc na ekranie calego mnostwa aktorow trzecioplanowych na moment. Jest tam m.in: Donald Sutherland, sexy-mama z Modern Family, Bunk z The Wire, koles co stawial sale bokserska z The Wire, Jamie Foxx w roli Motherfuckera oraz nawet Old Spice Guy - mr Mustafa. Ulatwialo to ogladanie musze przyznac, aczkolwiek niewiele. Finalnie slabe 4/10 szybciej skonczylem bo w TV leci Indiana Jones i sobie chce to obejrzec dla poprawienia jakosci wieczoru
Crazy Heart
Po miesiacu przerwy obejrzal ja cos:

Film za ktory Jeff Bridges dostal dawno zaleglego Oskara za najlepsza role meska. I od razu powiem ze imho - zasluzenie. Jeff to dla mnie jeden z ulubiencow - jego role w Baker Boys i Big Lebowski sa u mnie w panteonie. Innych filmow nie pamietam, ale to niewazne, bo koles jest kolesiem na piatke
W tym filmie gra zuzytego zyciem, piciem duzej ilosci whisky i mniej ponetnych trunkow i palenia tony fajek dziennie starego gwiazdora country, co mu sie kariera nie potoczyla najlepiej. Po koncertach czas spedza w takich miejscach:

no i pewnego dnia spotyka kogo? Ofkors ze babeczke - i sie kreci cos tam cos tam miedzy nimi. Akcja dzieje sie leniwie, przez ekran przesuwa sie Colin Farrel i Robert Duvall oraz leci duzo muzyki country.
To najwieksze odkrycie filmu - ze country jest moze muzycznie badziewne, ale piosenki maja tresc, przewaznie sa zyciowe i gdybym sluchal muzyki dla tekstu to byloby to country.
Sam film sredni - przyznam szczerze ze ostatnie 20 minut na podgladzie lecialem, bo juz mialem dosyc atmosfery. Fakt przewijania to minus 2 od oceny bazowej, ale oszczedzajac wyliczania wyniku, powiem od razu ze to 6/10. Moze byloby wiecej gdybym mial w dloni szklanke whisky, urodzil sie w Texasie i lewym okiem patrzal na stado krow za oknem, ale ze tak nie jest, to ten film powinien sie cieszyc ze ma 6. Polecam do obejrzenia wylacznie statystycznie, aby wiedziec o czym sie mowi w towarzystwie.

