Krotkie story do zdjecia, bo warto:
Czekamy na pociag na lotnisko, mamy ze 40 minut, wiec co mozemy robic jak nie rzucic sie do przydroznego parku i wyciagnac wina aby uprzyjemnic sobie czas do momentu do. Okolica taka se ale co nam tam. Zaden z nas to nie ministrant, slowa soczyste w powieczu sie pojawiaja, jemy pestki dyni, pijemy winiacze w cenie 1,5 euro za butelke i nawiazuje sie konwersacja wyjazdu:
- Kolega: (przy drugiej butelce): Tamto wino bylo lepsze, to jest biale, tamto fajne to bylo czerwone
- Ja (z mina konesera): Oba sa czerwone kurwa, co jest…
- K: Ale ja mowie o nalepce gupku
Umarlem ze smiechu, pociagnalem z gwinta i zrobilem zdjecie. Kupamieci.
Bylem na Monza, torze legendzie, gdzie widzialem jak mistrzowie F1 jezdza i zdobywaja uznanie pieknych kobiet i kibicow. My mielismy zrobic cos jak oni, tylko bez kobiet, kibicow i w 2 kolka na torze. I bez zenady, ktora niewatpliwie byla w tle
W zalozeniu bylo to, ze my jako amatorzy kazdy ma prawo do machniecia sie Lamborghini Gallardo. Wersja 520 koni, kolor zolty lub czarny. Autko wyjebane na maksa. Nas bylo z 15 osob w kolejce, przypadkowo zaczalem jako pierwszy jazde, mimo ze wyjatkowo raz nie chcialem byc pierwszy.
No ale dzieki temu nawet nie zdazylem sie przestraszyc ani spiac posladkow jak wsiadlem do potwora. Moim pilotem byl Gigi, przystojny italianiec z cyklu takich przy ktorych nie mam szans na otworzenie puszki z pomidorami a nie mowiac o otworzeniu konwersacji z jakakolwiek kobieta w promieniu kilometra. No i on mnie pilotazowal i wydawal komendy.
Przejechalem dwa kolka po torze, maks osiagnalem moze z 240 km/h, odczulem pelen szacun dla Kubicy i innych oraz nieco niesmaku do siebie. Niesamowite uczucie prowadzic auto, ktore lubi jechac powyzej 150 i cieszy sie jak widzi 200 na wykresie a nie to ze zada zjazdu do stacji benzynowej i na przeglad. To jak auto zrywa sie na wyjsciu z zakretu i jak zwalnia w szykanie to wow, naprawde cos. Poza tym wciaz uczucie ze jest sie na skraju utraty kontroli nad pojazdem.
Tylko ze odczulem to wszystko dopiero wtedy jak pojechalem kolko z ziomalem z Drift Caru (jakas wyczesana wersja BMW M3) - co mial umiejetnosci, talent i znal tor. I co szykana to robil niszczenie opon i pelen zachwyt w moim umysle. Ja bowiem jechalem w wersji enerdowski emeryt do kosciola i juz wiem na 103% ze nie jestem stworzony do aut, do rywalizacji i ze nadaje sie wylacznie do bycia piknikiem.
Warto bylo, wrzucam wersje artystyczna, bo wersji sportowej ni chuja nie wrzuce. Mam dostac filmik z ujeciem jak jade, wykresami predkosci, hamowania itd, ale juz wiem ze to sie nie nadaje na cokolwiek. A zwlaszcza na publikacje spolecznociowa
Taki GPOYW i gif z Milanu (z Galleria Vittorio Emanuele II), gdzie bylem przez pare dni. Generalnie pobyt sponsoruje tytul artykulu z Gazeta.pl na jedynce: “Pogoda lepsza niz w Toskanii. Cieplo, slonce”, niemniej bylo i tak dobrze.
Nieco epickiego melanzu, troche nudy, troche zabawy, jedzenia i wspomnien. Powrzucam cos na bloczka kupamieci. Na razie mua.
Stanowisko do nocnego grania w D3 przygotowane, teraz godzinka snu.
Przy okazji GPOYW :)
Przebieralnia party czyli tak sie bawi szlachta :)
swiateczny gpoyw jak uprawiam guitar hero. Edited by Instagram, recently acquired by Facebok
Wiem ze lame, bo kolejka byla do tego znaku i zdjec wiecej turysci robili niz katedrze w Szczecinie, no ale nie moglem sie powstrzymac. Narciarski gpoy i to na dodatek wednesday byla.
Pozdrawiam wszystkich Poljakow - gpoyw z Solden. Dzis padalo i chujowo sie jezdzilo, ale jutro ma byc lepiej.
Towarzyski to jestes pierwsza klasa, tylko wybredny
Gif obrazujacy moje nastawienie do zycia (uwaga: czasami) gdy siedze przed komputerem:
- w pracy
- w domu czytajac pudelka/plotka/kozaczka
- w domu przegladajac portale spolecznosciowe (w pracy nie przegladam, khm)
- uczestniczac w rozmowach na forum
- gdy czytam relacje z/ogladam mecze Knicks
oraz w wielu zyciowych sytuacjach. Gif przegenialny, och i ach.
ukradzione od Piskorka
Mamy mistrza w I edycji Biznes Ligi SquashZoneClub w Szczecinie :). Dzisiaj w finalowym meczu pewnie pokonalismy przeciwnika 3:0, nie dajac im praktycznie zadnych szans. Forma dopisala i nawet Jacek po kontuzji nie mial problemow z ich najlepszym zawodnikiem.
Na zdjeciu ja, Najko oraz wspomniany Jacek. Zakosilismy przypadkowy puchar z gabloty i strzelilismy pamiatkowe zdjecie. Kupa mięci.
GPOYW - jedno z najsmutniejszych w historii. Ale telefon dziala, wiec wymienie tylko szybke.
EDIT: ajfonu sie upadlo na beton z poziomu biodra prosto na twarz. Stad takie damagesy
“Nikt nie wygrywa z Rzepka 21 razy pod rzad” - celebratory drink of the day, squash edition.











